piątek, 3 stycznia 2014

Orchidea

Było juz o jednej słynnej orchidei po przejściach. Teraz będzie o mojej, ale nie po przejściach i w sumie nie mojej, bo mamy. Dostała ją ona od kogoś na coś kilka lat temu. przekwitła, znów zakwitła i tak przez ok 2 lata stały same liście. Chociaż w sumie to nie, bo mama wbiła sztuczną gałązkę orchidei i większość osób myślała, że to prawdziwy. Po jakimś czasie zobaczyliśmy, że wyrasta nowy pęd. Wzięłam, więc go do siebie, trochę bardziej zaczęłam o niego dbać. Lepiej by zabrzmiało, że zaczęłam o niego dbać :). I tak obie rósł, rósł....aż pęd był już długi, pojawiły się pączki, no i czekam...czekam....czakam....aż zakwitnie....i czekam.... I zakwitł akurat 5 grudnia, akurat jak była 4 rocznica śmierci taty. Jedni mogą to twierdzić, że to przypadek. Ja twierdzę, że tak miało być, że gdzieś tam tata czuwa.

1 komentarz:

  1. no i pięknie... AMEN :) p.s. moja ma już 9 kwiatków i jeszcze jeden zamknięty pączuś :)

    OdpowiedzUsuń